Dwa dni temu wracając z pracy do domu (o 00:00 TAK! o 00:00! Trenujemy nasze układy, które zaprezentujemy przed gośćmi) ujrzałam chmarę ludzi na ulicy. Akurat poznałam, że to Słowacy pracujący w naszym hotelu, więc podleciałam do nich z zapytaniem co to za zbiorowisko. Dopiero po jakimś czasie dojrzałam totalnie rozbite auto na środku ulicy... (chyba byłam już śpiąca). Niechcąc wybuchłam śmiechem "Jak to? Wypadek na Malcie? Samochodowy?" Jak ostatnio wspomniałam w jednym poście, liczba zgonów rocznie spowodowane właśnie wypadkiem samochodowym wynosi ok. 18 ludzi- na szczęście nasz bohater przeżył, ale był totalnie zalany w trupa. (przypomnę: na Malcie dozwolone jest prowadzenie pojadu do 0,8 promila alk. we krwii, ten osobnik pobił chyba własny rekord) W rozmowie z nim, miał głęboko gdzieś, że przydzwonił w murek a jego głowa wygląda jak rzucona dynia o ziemię. Wezwali pogotowie i tak sobie siedzieli z zakrwawionym Panem X, który bełkotał coś pod nosem, w nieznanym dla nas jezyku...
W ogóle powiem Wam, że tutaj zanim karetka dojedzie do pacjenta, to jest hit jeżeli zastanie jeszcze go żywego. Zacznę od tego, że na Malcie są dwa publiczne szpitale i trzy prywatne (dwa z nich już miałam okazję odwiedzić, prywatny wygląda jak 5 gwiazdkowy hotel, poczekalnia wyrąbana w białe skórzane fotele, a recepcjonista wciśnięty w garnitur i krawat pod szyję) Generalnie, nikomu nigdzie się nie śpieszy (bo jak wiadomo inaczej diabeł się cieszy) a na zestaw 2forYOU w McDonaldzie czekałam 15 minut (byłam ja i parę innych osób ) TADAAM, można? MOŻNA.
Co do moich ostatnich odkryć Maltańskich.. no może nie ostatnich, ale warto o tym wiedzieć. Czekając na autobus (widzisz już ten jeden jedyny, nadjeżdżający) musisz machnąć ręką. Tak, inaczej (powiem to bardzo kolokwialnie) nie stanie Ci. Malta, jest bardzo malutka, jak wspomniałam w poprzednim poście- wielkości Warszawy, a nawet i mniejsza. Niestety, podróżowanie po niej łączy się z długimi godzinami spędzone w autobusie. Nie wiem, dlaczego i po co, ale przystanki tutaj są dosłownie co kilkaset metrów... Ostatnie moje przejechane 15 km ( Ze Sliemy na Dingli) trwało godzinę. Trzeba uzbroić się w cierpliwość... i kanapki. Pozytywną stroną medalu jest to, że w każde miejsce na wyspie dostaniemy się miejskim autobusem, natomiast negatywną stroną- jeżdżą jak chcą a o punktualności to chyba nigdy nie słyszeli.
Wybierając się tutaj nie zapominajmy o angielskich wtyczkach kontaktowych, oraz ruchu lewostronnym. Trochę historii:
Malta była pod panowaniem brytyjskim przez ponad 160 lat, uzyskała niepodległość w 1964 roku, czyli dość niedawno. Po brytyjczykach pozostały m.in budki telefoniczne, skrzynki pocztowe oraz ruch lewostronny. Gdybyście, widzieli moją minę, jak chciałam się wpakować na pasażera do taksówki... Maltańczycy mówią biegle w języku angielskim, oraz jest mnóstwo szkół językowych (z których skorzystałam w zeszłym roku) co powoduje wielokulturowość na wyspie.
Tak tak wiem, zdjęcie z tamtego roku. Dla przypomnienia :)
Co wtorek i piątek mamy integracje animatorów wraz z gośćmi, Jest muzyka, jest zabawa i jest ciężki poranek :)
Moja Maltańska rodzina... co tydzień się ona zmienia, jedni przyjeżdżają inni wyjeżdżają. Za każdym z osobna po trochę tęsknie.... ja to za dużo mam w sobie empatii... echh jak to moja dobra znajoma mówi DobraMoc :)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz