wtorek, 9 sierpnia 2016

Dzień 16- śladami Robina Williamsa

HAKUNA MATATA! DZIEŃ WOLNY!
Jak go wykorzystałam? Oczywiście na spanie... ale żeby was zaskoczyć zrobiłam dzisiaj ładne parę kilometrów, zabrałam was do Popeye Village.

Trochę informacji:

Popeye Village to urocza kolorowa wioska zlokalizowana w okół NICZEGO. Pustkowie totalne, brak żywej duszy, oprócz turystów... a na drodze toczą się kłębki gałązek takie jak na filmach o westernie, gdzie dwóch kowboi ma się zaraz nawalać z broni... Wracając, wioska została zbudowana dla potrzeby filmu o Popeye w którym grał główną rolę Robin Williams- scenografia została, a miejsce jest jednym z najbardziej popularnych atrakcji na Malcie.

Wybierając się tam, oczywiście odwaliłam się jak diva- jak to ja. (przypomniały mi się słowa Mamy: Julka ale my tylko do Biedronki idziemy...) Kapelusik, elegancka bluzeczka, spodeneczki i klapeczki (kto wie, gdzie ja tego swojego chłopa napotkam). Wychodząc, już na starcie zorientowałam się, że raczej moje obuwie nie będzie najlepszym pomysłem, to i się wróciłam.
Słuchajcie.. ja to myślałam że w łeb sobie strzele w połowie mojej wycieczki. Żar z nieba to po 200 metrach już byłam cała zalana, do tego wiatr jak halny, to ten mój kapelusik mogłam sobie wsadzić... nie powiem gdzie.

No, ale dobra idę dalej wytrwale. Jakie moje zaskoczenie było gdy zobaczyłam dwupasmówkę- a jednak da się gdzieś rozpędzić auto! (Wcale nie szydzę z Maltańskich dróg bo ja wiem, my też nie mamy się czym pochwalić- tutaj przynajmniej nie płacą za autostrady- bo ich zwyczajnie nie ma :))



Okej, idziemy dalej. Teraz już z górki i nagle znajduję się w pośród pól, krzaków, jeszcze większych pól i kaktusów. Czy ja jednak w dobrym kierunku idę? Jestem beznadziejna w orientacji w terenie, ale tym razem mój GPS już chyba totalnie nawalił... Ale idźmy dalej, w końcu do czegoś tam dojdę...


Tak sobie dreptając doszłam do wniosku, to że jestem w czarnej d... to wiem ale, że ja kupiłam sobie wodę przed wycieczką? No to samą siebie pozytywnie zaskoczyłam, zazwyczaj biorę ze sobą najmniej jak to możliwe, bo komu by się to chciało nieść... ufff ale uwaga coś się wychyla na horyzoncie, to chyba ludzie... więc tam musi być cywilizacja.. IIIII JEST !!!


Jesteśmy, dotarliśmy... no, powiem wam, że ładnie to wygląda. Kolorowe budyneczki a w tle puszczona muzyka Jackson Five. Przypomniałam sobie bajkę Popeye, sąsiad pożyczał mi VHS i się oglądało (nie wiem czy pamiętacie, te kasety na których były nagrane z 10 bajek i się wymieniało między znajomymi aby móc jeszcze więcej obejrzeć kreskówek... do dzisiaj je mam!)

Oczywiście, nie mogło się odbyć bez selfie- w takich momentach żałuję, że nie posiadam tego fajnego kijka do zdjęć... bo póki co sama zwiedzam.



Nie byłabym sobą gdybym nie polazła dalej, aaaaa i w ogóle powiem wam, że przebranie butów było genialnym pomysłem, bo idąc tymi pagórkami, kamieniami i żwirem to ja bym już dawno kwiatki wąchała. 
Stwierdziłam, że jak już tutaj jestem no to pochodzę to tu to tam. W okół tej całej nicości znalazłam całkiem, całkiem można powiedzieć miłe miejsce na odpoczynek, czytanie książki, i biwakowanie ale gdyby nie ten wiatr który urywa głowę...  









No to mamy pierwszą wycieczkę odhaczoną, a na Malcie jest co zwiedzać. Szkoda, że mam tylko jeden dzień wolny... Troszkę jeszcze popracuję i myślę, że na wrzesień wezmę sobie wolne. Znajomy przyjeżdża w odwiedziny, wynajmiemy auto i pokażę wam więcej. Sądzę, że odpoczynek na klifach był dla mnie znacznie lepszą nagrodą niż sam widok wioski Popeya- choć dla młodszych do Disneyland... tylko taki trochę 50 lat wstecz :)  


Przy okazji przybijam wielką piątkę marce Mokosh która posłała mi na Maltę mega kosmetyki które ratują moją gębulkę przed złem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz