sobota, 20 sierpnia 2016

Dzień 28- co u mnie i trochę historii

I miesiąc minął jak z bicza strzelił... no prawie jeszcze 3 dni. To nie jest tak, że ja się cały czas mazgaję, jak mi jest źle i chcę do domu (choć z tym ostatnim bym się zgodziła). Ja to trochę jestem jeszcze przywiązana do domu rodzinnego, do rodziców, brata, siostry... i mojego kota. Chociaż uwaga- Malta jest dla mnie rajem pod względem ilości sierściuchów na ulicy. Tutaj jest tyle bezpańskich kotów, że sobie tego nawet nie wyobrażanie, BA! RASOWYCH KOTÓW! Wszędzie pałętają się brytyjczyki i moje ukochane maine coony...




Dwa dni temu wracając z pracy do domu (o 00:00 TAK! o 00:00! Trenujemy nasze układy, które zaprezentujemy przed gośćmi) ujrzałam chmarę ludzi na ulicy. Akurat poznałam, że to Słowacy pracujący w naszym hotelu, więc podleciałam do nich z zapytaniem co to za zbiorowisko. Dopiero po jakimś czasie dojrzałam totalnie rozbite auto na środku ulicy... (chyba byłam już śpiąca). Niechcąc wybuchłam śmiechem "Jak to? Wypadek na Malcie? Samochodowy?" Jak ostatnio wspomniałam w jednym poście, liczba zgonów rocznie spowodowane właśnie wypadkiem samochodowym wynosi ok. 18 ludzi- na szczęście nasz bohater przeżył, ale był totalnie zalany w trupa. (przypomnę: na Malcie dozwolone jest prowadzenie pojadu do 0,8 promila alk. we krwii, ten osobnik pobił chyba własny rekord) W rozmowie z nim, miał głęboko gdzieś, że przydzwonił w murek a jego głowa wygląda jak rzucona dynia o ziemię. Wezwali pogotowie i tak sobie siedzieli z zakrwawionym Panem X, który bełkotał coś pod nosem, w nieznanym dla nas jezyku...

W ogóle powiem Wam, że tutaj zanim karetka dojedzie do pacjenta, to jest hit jeżeli zastanie jeszcze go żywego. Zacznę od tego, że na Malcie są dwa publiczne szpitale i trzy prywatne (dwa z nich już miałam okazję odwiedzić, prywatny wygląda jak 5 gwiazdkowy hotel, poczekalnia wyrąbana w białe skórzane fotele, a recepcjonista wciśnięty w garnitur i krawat pod szyję) Generalnie, nikomu nigdzie się nie śpieszy (bo jak wiadomo inaczej diabeł się cieszy) a na zestaw 2forYOU w McDonaldzie czekałam 15 minut (byłam ja i parę innych osób ) TADAAM, można? MOŻNA.

Co do moich ostatnich odkryć Maltańskich.. no może nie ostatnich, ale warto o tym wiedzieć. Czekając na autobus (widzisz już ten jeden jedyny, nadjeżdżający) musisz machnąć ręką. Tak, inaczej (powiem to bardzo kolokwialnie) nie stanie Ci. Malta, jest bardzo malutka, jak wspomniałam w poprzednim poście- wielkości Warszawy, a nawet i mniejsza. Niestety, podróżowanie po niej łączy się z długimi godzinami spędzone w autobusie. Nie wiem, dlaczego i po co, ale przystanki tutaj są dosłownie co kilkaset metrów... Ostatnie moje przejechane 15 km ( Ze Sliemy na Dingli) trwało godzinę. Trzeba uzbroić się w cierpliwość... i kanapki. Pozytywną stroną medalu jest to, że w każde miejsce na wyspie dostaniemy się miejskim autobusem, natomiast negatywną stroną- jeżdżą jak chcą a o punktualności to chyba nigdy nie słyszeli.

Wybierając się tutaj nie zapominajmy o angielskich wtyczkach kontaktowych, oraz ruchu lewostronnym. Trochę historii:

Malta była pod panowaniem brytyjskim przez ponad 160 lat, uzyskała niepodległość w 1964 roku, czyli dość niedawno. Po brytyjczykach pozostały m.in budki telefoniczne, skrzynki pocztowe oraz ruch lewostronny. Gdybyście, widzieli moją minę, jak chciałam się wpakować na pasażera do taksówki... Maltańczycy mówią biegle w języku angielskim, oraz jest mnóstwo szkół językowych (z których skorzystałam w zeszłym roku) co powoduje wielokulturowość na wyspie.

Tak tak wiem, zdjęcie z tamtego roku. Dla przypomnienia :) 

Co wtorek i piątek mamy integracje animatorów wraz z gośćmi, Jest muzyka, jest zabawa i jest ciężki poranek :) 





Moja Maltańska rodzina... co tydzień się ona zmienia, jedni przyjeżdżają inni wyjeżdżają. Za każdym z osobna po trochę tęsknie.... ja to za dużo mam w sobie empatii... echh jak to moja dobra znajoma mówi DobraMoc  :)

środa, 17 sierpnia 2016

24 dzień ROZPACZ I PŁACZ

Tydzień, tydzień bez posta... jak tak mogłam. Nawet nigdzie was nie zabrałam wolny dzień...
Dlaczego? Przeryczałam, smarkałam, użalałam się nad sobą i jeszcze raz ryczałam...

Wszystko zaczęło się układać, naprawdę. Złapałam wiatr w żagle, poznaje nowych ludzi, coraz częściej mam do kogo się odezwać i nie czuję się samotna.

O poranku wstaje z radością do pracy i wcale nie jestem zmęczona kładąc się spać. Czar prysł...

Nie mogę wrócić do Polski do końca mojego kontraktu, co z tym idzie- spędzę Święta Bożego Narodzenia na Malcie. Gdy tylko o tym się dowiedziałam, zalałam się łzami, zamknęłam w pokoju i nikogo nie chciałam widzieć. Jak to? Ja tutaj? Na święta SAMA?!

Oczywiście, telefony do rodziny i płacz w słuchawkę. Co ja mam zrobić? Sama uszka ulepić i ugotować barszcz? PRZECIEŻ TUTAJ NAWET BURAKÓW NIE MA!!!! Zamiast choinki - palma, zamiast karpia- jakaś płotka z morza...

Był kryzys, były opuchnięte oczy. Dobrze, że mam rodzeństwo... Które wsparło mnie w tej trudnej dla mnie chwili, ukazali mi same pozytywne strony mojego pobytu. "Julia! Sylwester na Malcie! Kto by nie marzył o takim pobycie!" W sumie... rację mają. Po cichu mam nadzieję wielką, że wieczerzę spędzę wraz z przyjaciółmi, choćby to miało się odbyć na plaży.

Naprawdę, teraz zdaję sobie sprawę, jak ciężko być dorosłym na własną rękę a jednocześnie nadal trzymam się sukienki mamy. Rodzina, jest moim priorytet. Choćby mury pękały i skały srały to przetrwam z uśmiechem pobyt na Malcie. Otaczają mnie sami dobrzy ludzie, doskonale wiedzą jak się czuję i nie pozwalają bym o tym za dużo myślała.

Dlatego oh la la comme ci, comme ci, comme ca.  Szepnijcie mi jakieś słówko otuchy, bo tego teraz bardzo potrzebuje!



wtorek, 9 sierpnia 2016

Dzień 16- śladami Robina Williamsa

HAKUNA MATATA! DZIEŃ WOLNY!
Jak go wykorzystałam? Oczywiście na spanie... ale żeby was zaskoczyć zrobiłam dzisiaj ładne parę kilometrów, zabrałam was do Popeye Village.

Trochę informacji:

Popeye Village to urocza kolorowa wioska zlokalizowana w okół NICZEGO. Pustkowie totalne, brak żywej duszy, oprócz turystów... a na drodze toczą się kłębki gałązek takie jak na filmach o westernie, gdzie dwóch kowboi ma się zaraz nawalać z broni... Wracając, wioska została zbudowana dla potrzeby filmu o Popeye w którym grał główną rolę Robin Williams- scenografia została, a miejsce jest jednym z najbardziej popularnych atrakcji na Malcie.

Wybierając się tam, oczywiście odwaliłam się jak diva- jak to ja. (przypomniały mi się słowa Mamy: Julka ale my tylko do Biedronki idziemy...) Kapelusik, elegancka bluzeczka, spodeneczki i klapeczki (kto wie, gdzie ja tego swojego chłopa napotkam). Wychodząc, już na starcie zorientowałam się, że raczej moje obuwie nie będzie najlepszym pomysłem, to i się wróciłam.
Słuchajcie.. ja to myślałam że w łeb sobie strzele w połowie mojej wycieczki. Żar z nieba to po 200 metrach już byłam cała zalana, do tego wiatr jak halny, to ten mój kapelusik mogłam sobie wsadzić... nie powiem gdzie.

No, ale dobra idę dalej wytrwale. Jakie moje zaskoczenie było gdy zobaczyłam dwupasmówkę- a jednak da się gdzieś rozpędzić auto! (Wcale nie szydzę z Maltańskich dróg bo ja wiem, my też nie mamy się czym pochwalić- tutaj przynajmniej nie płacą za autostrady- bo ich zwyczajnie nie ma :))



Okej, idziemy dalej. Teraz już z górki i nagle znajduję się w pośród pól, krzaków, jeszcze większych pól i kaktusów. Czy ja jednak w dobrym kierunku idę? Jestem beznadziejna w orientacji w terenie, ale tym razem mój GPS już chyba totalnie nawalił... Ale idźmy dalej, w końcu do czegoś tam dojdę...


Tak sobie dreptając doszłam do wniosku, to że jestem w czarnej d... to wiem ale, że ja kupiłam sobie wodę przed wycieczką? No to samą siebie pozytywnie zaskoczyłam, zazwyczaj biorę ze sobą najmniej jak to możliwe, bo komu by się to chciało nieść... ufff ale uwaga coś się wychyla na horyzoncie, to chyba ludzie... więc tam musi być cywilizacja.. IIIII JEST !!!


Jesteśmy, dotarliśmy... no, powiem wam, że ładnie to wygląda. Kolorowe budyneczki a w tle puszczona muzyka Jackson Five. Przypomniałam sobie bajkę Popeye, sąsiad pożyczał mi VHS i się oglądało (nie wiem czy pamiętacie, te kasety na których były nagrane z 10 bajek i się wymieniało między znajomymi aby móc jeszcze więcej obejrzeć kreskówek... do dzisiaj je mam!)

Oczywiście, nie mogło się odbyć bez selfie- w takich momentach żałuję, że nie posiadam tego fajnego kijka do zdjęć... bo póki co sama zwiedzam.



Nie byłabym sobą gdybym nie polazła dalej, aaaaa i w ogóle powiem wam, że przebranie butów było genialnym pomysłem, bo idąc tymi pagórkami, kamieniami i żwirem to ja bym już dawno kwiatki wąchała. 
Stwierdziłam, że jak już tutaj jestem no to pochodzę to tu to tam. W okół tej całej nicości znalazłam całkiem, całkiem można powiedzieć miłe miejsce na odpoczynek, czytanie książki, i biwakowanie ale gdyby nie ten wiatr który urywa głowę...  









No to mamy pierwszą wycieczkę odhaczoną, a na Malcie jest co zwiedzać. Szkoda, że mam tylko jeden dzień wolny... Troszkę jeszcze popracuję i myślę, że na wrzesień wezmę sobie wolne. Znajomy przyjeżdża w odwiedziny, wynajmiemy auto i pokażę wam więcej. Sądzę, że odpoczynek na klifach był dla mnie znacznie lepszą nagrodą niż sam widok wioski Popeya- choć dla młodszych do Disneyland... tylko taki trochę 50 lat wstecz :)  


Przy okazji przybijam wielką piątkę marce Mokosh która posłała mi na Maltę mega kosmetyki które ratują moją gębulkę przed złem.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

dzien 13 CO I JAK

Jestem po pracy 23:40 totalnie zmielona i wypluta, a nad moją głową latają lądujące samoloty, wiatrak chodzi bo musi-klimy brak i dodatkowo chora współlokatorka to i sauna w chacie "NIE OTWIERAJ OKNA BO MNIE ZAWIEJE!!!!" jest 24 stopni, więc faktycznie trzeba uważać (tak, to była delikatna ironia)

Postanowiłam Wam opowiedzieć jak wygląda mniej więcej mój dzień. W ciągu dwóch tygodni ogarniałam CO I JAK i przede wszystkim, uczyłam się języka, bo z takim angielskim to wstyd do ludzi wychodzić. Jednak jedno muszę przyznać- z dzieckiem dogadasz się bez słowa a zabawa trwa w najlepsze.

Godzina 8:00
Ufff jeszcze pół godziny kimy

Godzina 8:15 (budzik współlokatorki)
Okej jeszcze 15 minut

Godzina 8:30
No to wstajemy, co prawda pracę zaczynam o godzinie 10:00, jednakże o poranku mam takie total slołmołszyn, że ubieranie skarpetek jest dla mnie czasochłonne. Pewnie, mnóstwo moich znajomych śmieje się pod nosem "ta, akurat, większość to ci schodzi na makijaż" i tutaj was zaskoczę... Do pracy praktycznie nie maluję się. Próbowałam przez pierwsze dwa dni, jak to ja z full mejkapem łazić, ale po pół godzinie moje kreski nad oczami były już na policzkach. Zresztą Taty rady: "wystaw gębę do słońca przynajmniej pryszcze ci znikną" (całusy Tato)

Rano śniadanie w hotelu następnie dwie i pół godziny zajęć z gośćmi (piłka nożna, siatkówka, golf, kręgle, sjolbank (czy jakoś tak, JA TO PROWADZĘ ale do tej pory nie potrafię tego poprawnie wymówić) różne fitnesy, Zumby itd) potem przerwa na lunch , potem znów to samo potem znów przerwa obiadowa a na koniec słynne MINI DISCO, choreografie opanowałam w ciągu tygodnia, ale uwierzcie... godzina tańca z dzieciakami i człowiek ma dość...  (pod "godziną tańca": kryje się: wieszanie się po szyi, ciągnięcie za włosy, sukienkę i wszystko co wisi, dynda i jest w zasięgu ręki dzieciaka, oraz przekrzykiwanie się nawzajem- mówiąc kolokwialnie darcie gęby ile sił w płucach)


No i tak codziennie, codziennie i codziennie. Uwierzcie mi, niby nic a raczej wakacje połączone z dobrą zabawą, ale po całym dniu człowiek zasypia jak dziecko..


Powiem wam szczerze, że gdy przyjechałam tutaj, nie wiedziałam tak naprawdę po co ja się tutaj pchałam. Sami przyznajcie, zawsze jest ciężko idąc pierwszego dnia do pracy- a tutaj jeszcze nikt nie mówi w twoim języku! To już total stres miałam. Teraz, jest fajnie i sądzę, że będzie jeszcze lepiej.
Najmilsze w tym wszystkim jest to, gdy goście opuszczają hotel to szukają właśnie ciebie, aby podziękować za poświęcony czas dla nich i dla dzieci, wymiana facebookiem i 'mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy" FAJNIE JEST, NO...



sobota, 6 sierpnia 2016

day 12 ciekawostki z pamiętnika

Mieszkam z czeszkami i jedną słowaczką i jak to jest, że ja ani tego ani tego zrozumieć nie mogę? Oczywiście, powiedziałam że ogarniam co one mówią, bo Polska to jednak Polska rzucona między te dwa kraje...  A tak serio, oznajmiłam im to tylko dlatego, by nie miały prawa mnie obgadać (hehehehe) i się udało :)

Siedząc teraz przy lapsie (gdzie inni się bawią na imprezie-  nie pytajcie dlaczego nie poszłam, tak jest nadal piątek 23:17) zastanawiam się co mogę robić tutaj przez 8 miesięcy. TAK 8 MIESIĘCY, nie żeby coś, że mogłam skrócić termin, tak jak wszyscy mi doradzali -BOŻE CZEMU TY NIE POZWALASZ MI SŁUCHAĆ LUDZI?! Doszłam do wniosku, że ogarnę Maltę tak, jak do tej pory żaden Cejrowski i Makłowicz w jednym tego nie zrobił. 

Na początku pouczymy się geografii: MALTA (czyli MIÓD)

Jest to kraj mikroskopijny, zawsze mylę go z Sycylią, a potem Mama mówi- "nie to nie ta wyspa, niżej". A ja mówię: "GDZIEEEE? NIC NIE WIDZĘ" a potem "aaaaa to malutkie..."  
A więc, kraj jest tysiąc razy mniejszy od Polski, mniejszy nawet od naszej stolicy. Więc sobie możecie wyobrazić, gdzie ja się wpakowałam... Wbrew pozorom, jak to większość znawców ławkowych spod bloków się wypowiada, Malta jest zupełnie katolickim krajem- można powiedzieć, że najbardziej wierzącym w Europie- więc, skończcie biadolenie o terrorystach bo temat dawno został strawiony przez psa :) A co jest najciekawsze- posiadają tyle kościołów ile ma rok- czyli 365. 

Na Malcie nie ma ani jezior, ani rzek, ani wód podziemnych a deszcz jest cudem w ciągu roku. Więc skąd zyskują wodę pitną? Odsalają wodę morską - uwierzcie mi na słowo, jest przebrzydła i tylko kawa zabija ten ohydny smak wody. 

Stopa bezrobocia wynosi tutaj około 5 %  a ludzi na km2 przypada 1200... A PRACY JEST JAK LODU! Jaki wniosek- pakować manatki i fruuu na wyspę. 

I uwaga największy hit który wyczytałam: DOPUSZCZALNA ZAWARTOŚĆ ALKOHOLU WE KRWI OSOBY PROWADZĄCEJ SAMOCHÓD MOŻE WYNOSIĆ 0.8 PROMILA! Nie rozbiegajmy się za bardzo- maksymalna prędkość jaką zauważyłam na ulicy poruszających się aut to 25 km/h, no chyba, że jesteśmy poza miastem to możemy przyszaleć do 60km/h. W 2013 roku w skutek wypadków drogowych zginęło 18 ludzi, jest to 183 raza mniej niż w Polsce ( WOOOOOW), no tak, gdzie rozpędzisz auto na tej Malcie?

A oto jeden z moich ostatnich odkryć: 

TABLICZKI NA DOMACH 


Już rok temu będąc na Malcie, gdy wraz ze znajomymi zgubiliśmy się w Dingli (jeszcze większa wiocha od Melliehy- tutaj mieszkam) w czasie spacerów i robienia zupełnie NIC zauważyliśmy owe tabliczki. Stwierdziliśmy, że mieszkańcy mają fajną zajawkę, może jakiś urok rzucony na dom. Szybko rozwiałam tą tezę, gdy spotkałam się z nazwą "BALSAM & FISH". Co się jednak okazało, że owe zawieszone tablice oznaczają numer domu. Tak jak u nas jest "ul.Legnicka 18" (ahh ten Wrocław) to u nich zamiast numerka jest sentencja lub wyraz- dlaczego? BO LISTY NIE DOCHODZĄ!  Ponoć bez podania nazwy domu (czyli "numerka") żadna przesyłka nie dotrze- chyba, że jakimś trafem po sznureczku do celu. 


W wolnych dniach będę Was chciała zabrać na wycieczkę w miejsca gdzie kręcono takie produkcje jak: Gladiator, Troje, Hrabia Monthe Christo, Agora, Kod Da Vinci i popularny serial GRA O TRON! Ciekaw jestem, czy chcielibyście abym Wam odwzorowała zdjęcia tego jak jest w filmie a jak w rzeczywistości? Co Wy na to, dajcie mi znać w komentarzu :)  

piątek, 5 sierpnia 2016

Dzień 11

No i co ja tu robię? Zadaję sobie to pytanie od dwóch tygodni... porwałam się z motyką na słońce.

Zachciało mi się Malty... pięknej Malty. Przychodzą takie dni jak te, że zaszywam się pod kocem i beczę z modlitwą i nadzieją, że to tylko sen i jestem w pięknej Polsce. Wiem, wiem jestem strasznym mazgajem, ale też nadal dzieckiem trzymającym się sukienki mamusi. Czy jest fajnie? JEST ZAJEBIŚCIE! Mam nocleg, mam jedzenie, pracuje w najlepszym hotelu zabawiając ludzi i jeszcze za to mi płacą... Nie jeden chciałby być na moim miejscu... zamienimy się? Serce łamie mi się na tysiąc kawałków, gdy tylko pomyślę o mojej rodzinie, o drących mordę psach pod domem i moim ulubionym barze. Boże, Julka gdzieś Ty się wryła... DO PIĘKNEJ MALTY!

Ze mną jest tak, raz jestem szczęśliwa, gęba mi się cieszy od ucha do ucha... A raz chodzę jakby mi co najmniej odebrali bon do cyrku. Dzisiaj mnie właśnie taki kryzys dopadł, ryczałam i ryczałam aż się wyryczałam. Jaki był powód? Chyba za dużo by wymieniać- pierdoły trzymają się mnie jak rzep psiego ogona. Że pranie nie wysycha (SERIO), że Mama nie odpisała mi na wiadomość ( A PRZECZYTAŁA!) i że mleko mi się kończy do kawy...

A jak w pracy? Hotel wypasik, jedzonko, że człowiek obje się na kolejne trzy dni. Pracownicy? Nooo tutaj możemy trochę postać i porozmawiać. Są tacy z którymi rozmowy się nie kończą, ale i też są tacy z którymi żyje jak pies z kotem... I przez właśnie takich osobników chce się wrócić do domu, ale spokojnie człowiek posiedzi dłużej na wysepce to zacznie się ustawianie pionków ;)

Co mnie tutaj trzyma? Chyba póki co kontrakt (he he zabawne). Gdybym mogła już bym wróciła, ale nie... Trzeba twardo stąpać na nogach, Zbyt dużo ja i moja rodzina poświęciła i zainwestowała w to abym była teraz tu gdzie jestem.. choć szkoda, że nie istnieje teleportacja. Łzy same cisną z oczu jak tylko o tym myślę- JESTEM TUTAJ SAMA JAK PALEC, w dodatku z angielskim z którym najlepiej się schować i nie odzywać. Gdy rozmawiam z obcokrajowcem, mam nadzieję, że własnie nie zadaje mi pytania...  Choć nie użalajmy się tak nad tym, przecież to tylko język którego szybko się da nauczyć (dzieci słuchajcie rodziców i uczcie się w szkole bo potem to tylko komunikacja na migi wam pozostanie) a tak poza tym mieszkam na totalnym zadupiu Maltańskim ale i tak jest pięknie i fajnie, mam dobrego szefa- póki co do szczęścia nic więcej mi nie trzeba... chyba, że gołąbków od Mamy...